piątek, 9 maja 2014

Gdziekolwiek, dokądkolwiek

PROLOG:
„Nie zapominajmy też o gościnności, gdyż przez nią niektórzy, nie wiedząc, aniołom dali gościnę”.
Hbr, 13,2
Kilka lat temu usłyszałem o autostopowiczu, który stał przy drodze z tabliczką z napisem „Gdziekolwiek, dokądkolwiek”. Wyobrażałem sobie, jak może wyglądać taka przygoda. Nie pozostawało mi do wyboru nic innego, jak spakować mój marynarski worek i ruszyć po przygody. Takim sposobem na sześć dni stałem się autostopowym bitnikiem.

Dzień pierwszy – 18 kwietnia 2014 r.

Wystartowałem z Zielonej Góry o godz. 12.00. Ustawiłem się na wylocie Poznań – Wrocław, nieopodal ul. Sulechowskiej. Miejsce to powinno być znane każdemu autostopowiczowi z Winnego Grodu. Tabliczkę „Gdziekolwiek” przygotowałem dzień wcześniej, aby nie tracić czasu na poboczu. Działanie rekwizytu okazało się wielce skuteczne – wywoływało uśmiech na twarzy kierowców. Pierwszą osobą, która zaoferowała mi podwózkę, był Dawid, żołnierz. Jechał do Głubczyc na Opolszczyźnie. W jednej chwili przypomniałem sobie, że nieopodal Głubczyc mieszka moja znajoma – Natalia. Błyskawicznie chwyciłem za telefon, aby wprosić się do niej na kawę.
Jazda przebiegała bezproblemowo. Nastąpiła przesiadka i przechwycił mnie kolejny kierowca. W czasie jazdy dużo rozmawialiśmy, szczególnie o dziewczynie do której zmierzałem. Traf chciał, że wspólnie zajechaliśmy pod dom Natalii, a mi dane było być pasażerem ojca owej niewiasty. Tu rada dla każdego, kto zamierza odwiedzić kobietę za pośrednictwem autostopu – nie poruszaj podczas jazdy pewnych tematów. Nie możesz wykluczyć, czy nie jedziesz z członkiem jej rodziny... 

Na miejscu zostałem ugoszczony kapitalnie. Oprowadzono mnie po okolicy. Szczególnie ciekawa była przejażdżka do czeskiego miasteczka Krnov. Warto wspomnieć, że ten rejon znany jest z bardzo dobrych gleb. Skutkuje to uprawą buraków cukrowych, kukurydzy oraz rzepaku.

Dzień drugi – 19 kwietnia
Nazajutrz po śniadaniu, które stanowiła owsianka (uwielbiam tę potrawę), wyruszyłem w dalszą drogę. Znajdowałem się niedaleko od Czech, stąd też pomysł, aby stopować do tego państwa. Musiałem dopisać kolejną tabliczkę – „Anywhere”. Bardzo szybko znalazłem się u naszych południowych sąsiadów. Kierowałem się do Ostrawy. Morawy przywitały mnie zielenią wschodzących zbóż oraz pagórkami i wzniesieniami. Na tych wzniesieniach rozlegają się winnice. Niektóre są znacznych rozmiarów, inne mniejszych. Przy każdej z mniejszych znajdują się szopy, które najprawdopodobniej spełniają funkcję składzików na narzędzia.
 

Wysiadłem na stacji przy trasie do Ostrawy. Na parkingu pytałem kierowców o cel ich podróży, chcąc wybrać jakikolwiek. Tak trafiłem na Andrzeja. Wraz z nim minąłem jezioro Nove Mlyny. Po wschodniej stronie ujrzeliśmy wysokie na 556 metrów wzniesienie Devin (niektóre źródła podają wysokość 554 metry). Spotykane są tu również liczne skały krasowe. Z Andrzejem dojechałem do domu, w którym mieszka jego żona – Kasia. Kasia ugościła mnie żurem, kawą oraz piwem. Rozmawialiśmy przede wszystkim o ciekawych obiektach miasta, w którym dane mi było w tym momencie być. A nie byłem byle gdzie! Dojechałem wszakże do… Wiednia!
Schonbrunn
Wiedeń – stolica Austrii, a dawniej Cesarstwa Austro-Węgierskiego. Dawne centrum europejskiej kultury. Miasto kompozytorów, sztuki i Habsburgów. Wielu moich znajomych chciało tutaj dotrzeć, po dziś dzień zastanawiam się – po co?

Wielkie miasto zawsze jest przeciwnikiem autostopowicza. Dysponowałem jak zwykle bardzo niewielkim kapitałem pieniężnym. Pamiętając Paryż, postanowiłem przemieszczać się piechotą i nie korzystać ze środków komunikacji miejskiej. Pierwszym i najważniejszym punktem oglądania miasta był Schonbrunn. Robiący oszałamiające wrażenie pałac lśnił lekko w popołudniowym słońcu. Noszenie ciężkiej torby marynarskiej niekiedy doprowadzało mnie do obłędu, jednakże blask budowli ożywiał mój zapał do dalszego wędrowania. Długo włóczyłem się po ogrodach przypałacowych. Pamiętałem ze szkoły, są to ogrody w stylu francuskim, charakteryzujące się geometrycznie przyciętymi roślinami, symetrią oraz swego rodzaju labiryntem. Z łatwością rozpoznałem również drzewa rosnące symetrycznie wzdłuż alei – buki, lipy, kasztanowce i wiązy.
Po zrobieniu zdjęć skierowałem się do dworca kolejowego Westbahnhof w celu wysłania pocztówek. Nie omieszkałem skorzystać z kodu 2FABE. Gdy wykonywałem te czynności, dzień oddał pole nocy i musiałem poszukać noclegu. Rozglądałem się wokół dworca i znalazłem dogodne miejsce. Był to niewielki parking, którego sklepienie podtrzymywały filary. Rozłożyłem karimatę i śpiwór, noc była ciepła i nie musiałem używać folii ratunkowej. Co jakiś czas mój spokój zakłócały przejeżdżające samochody lub przechodnie. Na szczęście nie zostałem ani razu zaczepiony. Podejrzewam, że wzięto mnie za bezdomnego.
Dzień trzeci – 20 kwietnia
Obudziłem się ok. 5.45. Zebrałem osprzęt noclegowy i poszedłem na Westbahnhof, aby nabrać ciepła. Przebywałem tam do 6.45. Będąc w Wiedniu, trzeba było coś jeszcze zobaczyć. Udałem się do katedry św. Szczepana (lub jak niektóre źródła podają Stefana). Następnie postanowiłem wymienić walutę. Nie dokonałem tego ze względu na astronomiczne ceny w kantorach. Jeżeli jedziecie za granicę, koniecznie wymieńcie złotówki w swoim mieście, ewentualnie przy granicy.

Będąc w Wiedniu, należało zjeść coś słodkiego. Wysoka temperatura zachęciła mnie do lodów. Wypatrzyłem sobie niezbyt urokliwą ale tanią budkę na uboczu. Stamtąd skierowałem się nad Dunaj, którego… nie zobaczyłem. Wędrowałem pieszo wiele kilometrów przez miasto, a rzeki nie było widać. W końcu doszedłem do rozwidlenia dróg, gdzie zobaczyłem znak prowadzący do autostrady na Budapeszt. Ustawiłem się z tabliczką „Anywhere” i stopowałem na wschód. Była to tragiczna decyzja. Gdybym przekroczył trudną do przejścia „dwupasmówkę”, miałbym 50 metrów do rzeki ukrytej za wałem.
Podsumowując Wiedeń – nie znalazłem tam niczego, co mnie jako włóczykija mogłoby zaciekawić. Miasto wielkie, wszędzie daleko, o cenach nawet nie chcę wspominać. Ludzie chłodni, niezbyt uprzejmi. Ponure twarze wiedeńczyków do dziś mam w pamięci. Wiedziałem, że się rozczaruję, ale skoro już trafił mi się transport do tego miasta, warto było zobaczyć coś nowego. Kolejna pozycja na mojej mapie może być odznaczona.
Kierowałem się na południe, myśląc o Słowenii. Nieprawdopodobne opowieści o pięknie tego kraju skłoniły mnie do chęci odwiedzenia pierwszego państwa, które odłączyło się od Jugosławii. Po obejrzeniu jednej z metropolii marzyło mi się oglądanie mniejszego miasta, dlatego poprosiłem kierowcę, który jechał do Słowenii, aby zostawił mnie w Mariborze. To była najtrafniejsza decyzja w całej podróży.
Przywitałem Słowenię o godz. 13.38. Godzinę później stałem na moście w Mariborze. Rzeka Drawa, którą nienawidziłem wcześniej jako ostatni punkt podróży w kierunku Sarajewa wiosną 2013, teraz stała się uprzejma. Spoglądałem na piękno przyrody i wspaniałe budynki. Pomarańczowe dachówki kryjące jasne budynki. Lesiste wzgórza, których szczyty były przysłonięte chmurami.  
Na moście spotkałem barmankę Natalję (nazwaną później „Angel”). Właśnie zmierzała do pracy i nie mogła oprowadzić mnie po mieście, ale obiecała mi kawę. Poszedłem z nią do baru o nazwiC. Opowiedziała mi nieco o mieście. Moja historia zachwyciła ją do tego stopnia, że postanowiła poratować mnie noclegiem. Zostawiłem zatem mój ciężki bagaż, aby udać się na przechadzkę po mieście i okolicy.  

Na północ od miasta mieszczą się dwa ciekawe obiekty. Piramida i Kalwaria. Piramidą określa się wzniesienie z kaplicą. Widok na Maribor z wysokości zapierał dech w piersiach. Ponad godzinę przebywałem na górze nie myśląc o powrocie. Czułem się jakbym trafił do raju! Kalwaria mieści się na zachód od Piramidy. Jest tam niewielki kościół. W czasie mojego przybycia był zamknięty. Zanim jednak tam dotarłem, pomyliłem drogi i długo kluczyłem w deszczu i błocie po leśnych bezdrożach. Mimo to cieszyłem się – byłem szczęśliwy oddychając wolnością.
Wieczorem wróciłem do CLC. Tam czekało na mnie lokalne piwo. Co ciekawe, nikt tutaj nie spożywa piwa z butelki czy kufla. Najbardziej popularne są niewielkie pokale. Poznałem też przyjaciela Natalji – Klemena. Zebrała się też znaczna grupka jego znajomych. Nie mogli opanować zdziwienia w związku z moim sposobem podróżowania. Szczególnie przypadły im do gustu moje autostopowe tabliczki, wskazujące kierunek do gdziekolwiek. Słoweńcom tak się polski autostop spodobał, ze otworzyli na moja cześć butelkę domowego wina, którego smak jest adekwatny do przebytej trasy. Wieczorem zjadłem kolację w towarzystwie Natalji i Klemena. Słuchaliśmy też muzyki w ich języku. Dyskusje trwały długo i skwitowaliśmy je stwierdzeniem, że wszyscy słowiańscy politycy to kanalie.
Dzień czwarty – 21 kwietnia
Natalja była tego dnia umówiona, więc przedpołudnie spędziłem z Klemenem. Oprowadził mnie po mieście i pokazał m.in. pozostałości zabudowań obronnych miasta, liczne boczne uliczki, gdzie wiele domów wyglądało na zrujnowane, oraz najstarszą winorośl świata o nazwie Stara Trta. Wypiliśmy kawę siedząc w ogródku kawiarni umieszczonej na nabrzeżu Lent. Zauważyłem, że większość tubylców pija kawę z mlekiem. Nie zamierzam komentować tej profanacji.
Pobyt w Mariborze miał trwać do 22 kwietnia, jednak moi gospodarze mieli już inne plany. Postanowiłem obrać kierunek północny, wrócić do Polski i dalej włóczyć się bez konkretnego celu. Zostałem podwieziony do wlotu na autostradę. Po kilku przesiadkach trafiłem do Grazu. Tam pobiłem rekord w długim autostopowaniu. Nawet mnie, doświadczonemu hitchhikerowi, może zdarzyć się pomyłka. Miała ona miejsce przy wyborze miejsca do zatrzymywania kolejnych samochodów. Nie zauważyłem zatoki, poszedłem za daleko od miasta. Wynik: 150 minut na poboczu.
Stara zasada autostopowa mówi: ,,Zawsze znajdzie się ktoś, kto udzieli podwózki. Czasami jednak trzeba czekać do kolejnego dnia”. W moim przypadku nie musiałem aż tak długo czekać. Węgier Ervin pojawił się z pomocą i jeszcze tego samego dnia mogłem zwiedzać inne miasto, inny kraj.
Do węgierskiego Szombathely przyjechałem późnym wieczorem. Ervin mieszkał z 15-letnim synem, zdziwienie chłopaka było olbrzymie, gdy mu się przedstawiłem. Po chwili jednak entuzjazm opadł i nastolatek powrócił do swojego komputerowego świata. Od gospodarza uzyskałem nieocenione wskazówki! Dał mi mapę, na której oznaczył miejsca godne odwiedzenia. Mówimy tu o rekonstrukcji Świątyni Izydy, kościele pw. Świętego Marcina, kościele franciszkanów oraz o lokalnym targowisku. Miasto ma swoje korzenie już w starożytności. Zbudowane przez Rzymian na przełomie er znane było jako Savaria. 
Dzień piąty – 22 kwietnia
Przechadzałem się tu i ówdzie po dawnym ośrodku rzymskim. Gdy tylko rozglądałem się szukając obiektów z mojej mapy, automatycznie przyciągałem uwagę przechodniów. Nie było to dla mnie niczym nieprzyjemnym, bowiem ludzie wykazywali się w ten sposób szczególną uprzejmością. Podchodzili, pytali czego szukam i jak mogą mi pomóc. W taki sposób po obejrzeniu starówki trafiłem na targowisko. Proszę mi wierzyć, spotkałem tam to, czego od dawna poszukiwałem.
Targowiska co prawda są podobne w każdej części świata, lecz każde ma w sobie coś niezwykłego. Zazwyczaj nie odwiedzają ich turyści, a klienci ukazują prawdziwe oblicze danego miasta. To właśnie w takich miejscach najłatwiej wybadać, jakie są tradycyjne stroje, żywność i zachowania. Dzięki wskazówkom Erwina wiedziałem, że w tej świątyni handlu będę mógł zjeść coś, co nazywało się langosz. Do tej pory nie miałem pojęcia, czym jest ta potrawa. Langosz to nic innego jak przekąska typu fast-food, składająca się z mąki, drożdży i potłuczonych ziemniaków. Formowane są tego placki o rozmiarach średniej wielkości talerza. Następnie wrzuca się je na głęboki olej. Podawane są ze swego rodzaju sosem na bazie oleju i czosnku.



Po spożyciu langosza rozejrzałem się jeszcze po targowisku. Kupiłem po butelce piwa i wina. Piwo wypiłem siedząc na wejściu do jednego z mauzoleów na cmentarzu przy kościele św. Marcina. Wino zaś zostało schowane do plecaka. Tak oto skolekcjonowałem dwie butelki wina (słoweńskie i węgierskie), które to zostaną otwarte, gdy Zielona Góra Dragons wygrają ligę. 
Wspominałem już w innej relacji, jak działa autostop u naszych bratanków. W wielu przypadkach za nic w świecie nie udaje się z nimi porozumieć, także pokazywałem jedynie mapę i miejsce gdzie chcę dojechać. Najczęściej Madziar wywozi w najkorzystniejsze miejsce do dalszego machania kciukiem, ja jednak miałem pecha. Wlot do drogi ekspresowej był uczęszczany z częstotliwością jednego samochodu na pół godziny. Zrobiłem zatem coś, czego nie pochwalam, co było głupie, ale okazało się jedyną szansą wyjazdu. Stopowałem przy drodze ekspresowej. Nie wiem, jak to możliwe, ale pewien serbski trucker zatrzymał się i podwiózł mnie pod węgiersko-słowacką granicę. Po Szombathely kolejnym celem była Zilina, w której już raz gościłem. Chciałem ponownie odwiedzić Pub XXL. Moja trasa kierowała się jednak bardziej na północny zachód. Kolejny raz moje plany się zmieniły. Podróżowałem do gdziekolwiek, nie mogłem zatem odmówić transportu do Brna.
Brno nie było dla mnie rajem. Nie przypuszczałem, że to aż tak rozległe miasto. Wędrowałem dwie godziny w poszukiwaniu wylotu. Zuchwale igrałem ze śmiercią idąc przez długi na 512 metrów tunel kryjący trasę szybkiego ruchu. Zrezygnowałem z możliwości oglądania tego miasta i udałem się w poszukiwaniu miejsca, gdzie będę mógł wyczekiwać poranka. W nocy dotarłem do zacisznej dzielnicy, gdzie spędziłem noc. Moje legowisko mieściło się w bramie. Był tam skład narzędzi budowlanych, skąd oto wziąłem palety służące jako podesty na rusztowaniu. Ułożyłem na nich karimatę i śpiwór aby odizolować się od betonu. Zawinąwszy się w folię ratunkową (folia ta nosi nazwę NRC, żartobliwie określam ją jako Najlepszy Ratunek Człowieka) przetrwałem spokojnie noc.
Dzień szósty – 23 kwietnia
Pobudka nastąpiła o godz. 5.45. W dalszym ciągu nie miałem najmniejszego pojęcia, jak wydostać się z tego piekła. Pytając o drogę w kierunku Polski, spotkałem niezmiernie uprzejmego pana. Słyszałem o uprzejmości Morawian, lecz to, czego zaznałem, przeszło moje oczekiwania. Mężczyzna kupił mi bilet tramwajowy, następnie w centrum miasta wskazał, gdzie muszę się kierować. Kupił kolejny bilet i zostawił mi 200 koron jako mecenat mojej podróży. Dojechałem więc do dzielnicy Reckowice. Zjadłem śniadanie, popiłem piwem i ruszyłem w dalszą drogę.
W dalszej części podróżowania po czeskiej stronie nie było już problemów. Trafiłem po drodze do miejscowości Letovice. Na pozór zwyczajna wieś przy trasie tranzytowej. Odkryłem tam jednak prawdziwe skarby. Odnalazłem winotekę i piwotekę. Smak jednego z piw, które tam nabyłem, przekraczał najśmielsze oczekiwania. Istny nektar! 
Przekraczając granicę miałem wrażenie wylądowania w prawdziwym gdziekolwiek. Stare, ledwie stojące budynki, łąki przystrojone kwieciem, góry, lasy i ja. Niewielu kierowców przemieszczało się tą drogą. Zrobiłem pieszo wiele kilometrów. W międzyczasie spotkałem Krystiana – rowerowego podróżnika zmierzającego do Bolonii. Bardzo zdziwił mnie ten osobnik. Do dziś zachodzę sobie w głowę, jak to możliwe, aby komuś chciało się jechać tyle kilometrów jednośladem napędzanym własnymi mięśniami. Uwierzcie, ten rower był porównywalnej wagi do mojego plecaka, a ciężar to olbrzymi. 
Mniej więcej o godz. 14.00 podwoził mnie pewien starszy pan. On również w młodości stopował. Co ciekawe, również jeździł głównie w pojedynkę. Wysnuliśmy wspólną pointę odnoszącą się do samotnego podróżowania. Brzmiała ona mniej więcej tak: „Przed jazdą to każdy jest cwany. Istnieje mnóstwo śmiałków gdy planujesz podróż, ale gdy trzeba spakować plecak, to wszyscy peniają (tak, użyto dokładnie tego słowa) i wyjeżdżasz sam”.
W dalszej części podróży nie wydarzyło się nic wartego opisania. Spokojnie zmierzałem do Zielonej Góry. Wieczorem byłem już w domu. 
EXODOS
Ze słońcem zaglądającym do kabiny dryfowałem pomiędzy słupkami hektometrowymi. Wracałem już do domu słysząc w uszach „Homecomming” Green Daya. Wiedziałem, że ta podróż była szczególna. Dokonałem czegoś, o czym ze szczególną dumą mogę opowiadać znajomym. Będę miał co opowiadać młodszym. Dołączyłem do grona nieprzystępnych i rzadko widzianych podróżników do gdziekolwiek. Zrobiłem kolejny krok w przód w mojej wędrówce. Podczas podróży przekroczyłem liczbę 10 000 kilometrów pokonanych autostopem. Nabyłem sporo doświadczenia, które zamierzam właściwie wykorzystać podczas dalszych wypraw, które z tego miejsca obiecuję. 
W LICZBACH:
6 - dni podróży.
8 – możecie mi nie wierzyć, ale takie właśnie jest ostateczne saldo mojej podróży. Straciłem podczas jazdy tylko osiem złotych.
ok. 1925 – kilometry przejechane autostopem.
10 000 – przekroczona liczba kilometrów pokonanych łącznie autostopem. 
KOREKTA: Doktor

3 komentarze:

  1. Relacja jak zwykle świetna! Podoba mi się Twój sposób podróżowania ;)
    A co do miast to mam taki sam stosunek. Są takie miasta, które trzeba odwiedzić, jak Wiedeń czy Paryż, ale sto razy bardziej wolę łono natury :)

    OdpowiedzUsuń
  2. zainspirowałeś mnie, kiedyś też tak zrobię. bardzo podoba mi się, że we wstępie był cytat z Biblii a tuż obok odniesienie do beat generation

    OdpowiedzUsuń
  3. I to sie nazywa prawdziewie tanie podrozowanie! Jestem pod wrazeniem.

    Oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń